|
Strona 7 z 9 Dlaczego pacyfizm jest niebezpieczny? Pacyfizm jest postawą charakteryzującą się niechęcią do brania odpowiedzialności za problem. Pacyfiście wystarczy krytyka osób, które problem zamierzają rozwiązać - jednak w sposób nie dość dla niego szlachetny. I tak - uważa on - skoro nie możemy go rozwiązać w sposób doskonały, nie rozwiązujmy go w ogóle. Bo jakież to metody pokonania problemu mieli do zaproponowania pacyfiści z lat trzydziestych (choć nie tylko wtedy)? Rozmowy, perswazje i w końcu niekończące się ustępstwa wobec Hitlera, który w ten sposób tylko się rozzuchwalał. Zło nigdy nie ustępuje przed biernością i niezdecydowaniem. Siła zła nie ustępuje przed słabością, ta - niegodziwość jedynie karmi i wzmacnia. Pacyfiści unikają trudnych problemów i trudnych rozwiązań. Poprzestają na odwoływaniu się do sumień i wracają do domu w poczuciu dobrze wypełnionego zadania. Dla nich najważniejszą zasadą jest nie zrobić nikomu krzywdy. Ale czasem musi najpierw boleć, żeby później było zdrowiej, albo by choroba nie zagrażała życiu. Pacyfiści są też po prostu wygodni - łatwiej jest bowiem pójść na demonstrację niż na wojnę, szybciej z niej można też wrócić. Gorzej, że przez swoje działania osłabiają wolę walki i wiarę w jej sens u innych, którzy chcą ją prowadzić, ale są za to atakowani. Niestety współczesne chrześcijaństwo, zapatrzone w ten właśnie wzorzec postępowania, przez całe pokolenia produkowało całe zastępy miłych chrześcijan, grzecznych, dobrze ułożonych facetów (kobiety odsuwając do innych zadań – ale to oddzielny problem), którzy w imię fałszywie pojętej „pokojowości” unikali angażowania się w problemy, które wymagały zdecydowanych działań, czy choćby nazywania ich po imieniu. Dzięki temu mała grupa pozbawionych skrupułów ludzi potrafiła przez lata paraliżować rozwój zboru (bądź doprowadzać go do rozbicia), skutecznie wypłaszając z niego ludzi nie rozumiejących sensu polityki ustępstw wobec takich postaw i łagodzenia skutków zamiast usuwania przyczyn. Pastor będący niewolnikiem wizerunku „łagodnego pasterza” cofał się przed nimi raz za razem, rezygnując ze swoich przekonań, a bywa, że i z powołania. Słaby, chwiejny przywódca „produkował” słabych, niezdecydowanych naśladowców. Każdy problem tonął w niekończących się, wyniszczających siły dyskusjach. Co jedynie karmiło i rozzuchwalało niegodziwość, sięgającą po coraz to nowe obszary wpływu i kontroli. Skutkiem wieloletnich zaniechań i nadmiernej ostrożności (bądź uciekania od wzięcia odpowiedzialności) jest sytuacja niejednego zboru, który czasem mo¿e lepiej byłoby zamknąć i rozpocząć budowanie nowego od podstaw, niż przez ca³e lata próbować rozplątywać ten węzeł gordyjski, jaki się tam zasupłał. Nie piszę tego z pozycji fascynacji rządami silnej ręki. Jak najdalszy jestem od idei samodzierżawia. Ciągle wierzę w sens demokracji w Kościele, ale nie mogę patrzyć na jego anarchizację tu i ówdzie. Przy okazji: czy zauważyliście, że często trzon demonstracji antywojennych stanowią anarchiści? Nie bez powodu.
|