|
Strona 4 z 7 Dylematy współpracy z AA Z racji tego, by ten artykuł nie przekroczył zamierzonej objętości, przytoczyłem tu tylko niektóre ważniejsze fakty na temat genezy ruchu AA – niezbędne dla zrozumienia, dlaczego wahałem się, czy jest to na pewno moje miejsce. (Moim zamierzeniem nie było szerokie opisywanie samego ruchu AA.) Moje duchowe rozterki dotyczyły tego, jak głęboko mam się angażować w kontakty z tym ruchem. Rzeczywiście prócz moich zajęć w Instytucie (tak w skrócie nazywam to miejsce), bywałem na wielu mityngach (tzw. otwartych) AA, na ogniskach i kongresach. Nota bene: na jednym z takich kongresów AA (w Jelitkowie – początek lat 90-tych) zaproponowano mi honorową funkcję „pastora anonimowych alkoholików”. Godności tej nie przyjąłem, wycofując się „po angielsku” z tej niewygodnej dla mnie sytuacji. Jednak wszędzie, gdzie byłem zapraszany, dzieliłem się swoim świadectwem wiary w Jezusa, śpiewałem o Nim i zachęcałem do podjęcia decyzji pójścia za Nim. Jednak częstą barierą w „zdobywaniu dusz dla Jezusa” było to, że ruch AA jest sam w sobie religią (?). Tak, właśnie religią! Kieruje się ona własnymi zasadami. Możesz wierzyć w cokolwiek, drzewo, lampę, kolegę (taka wiara w wiarę), byle by cię to nie odwiodło od AA, gdzieś „w kanał religii”, bo na pewno powrócisz do picia i umrzesz.... Na mityngach wskazane jest wyrażanie swej duchowości, mówienie o swoje Sile Wyższej. Jednak wypowiadanie imienia Jezus nie jest mile widziane – wywołuje ironiczne uśmieszki. Ewentualne przyłączenie się do zboru niesie z sobą dylemat: co jest ważniejsze – zbór czy AA?, gdzie powinienem lokować bardziej swój czas, serce, zaangażowanie? Okazuje się, że ponieważ najważniejsze jest zachowanie trzeźwości – to „muszę być codziennie na mityngu”. Jak mi kiedyś powiedziano: Jezus może uleczyć KAŻDĄ chorobę, ale nie alkoholizm! I dlatego najpierw AA, potem zbór, bo żeby żyć, muszę zachować trzeźwość. A zbór mi tego nie da… Oczywiście, w naszym zborze mieliśmy wielu ludzi uzależnionych. W pewnym okresie stanowili (ze swoimi rodzinami) około 50 proc. wszystkich członków. Odbywały się chrzty, kiedy całe rodziny – mężowie, żony i ich nastoletnie dzieci – wchodziły do wody. Odbywały się śluby ludzi mających dorosłe dzieci. Działo się tak z ich własnej potrzeby powierzenia ich małżeńskiego życia Bogu (wcześniej żyli bez ślubu kościelnego). Ludzie byli wyzwalani od niewoli nałogu, od niewoli myślenia o swoim nałogu, od nazywania siebie „niewolnikami grzechu” (alkoholikami). Otrzymywali nowe życie od Boga, stawali się nowym stworzeniem. I to „stare” przemijało, a wszystko w ich życiu stawało się nowe… Otrzymywali nowy cel w życiu, nowe zaangażowanie, nowych przyjaciół i nie potrzebowali już alkoholu – lekarstwa na samotność, na strach, na pustkę.
|