|
Strona 1 z 9 Oto ulicami wielkiego miasta maszeruje potężna, wielotysięczna demonstracja. Liczne transparenty rozciągnięte szeroko prezentują hasła: „Precz z wojną”, „Człowiek człowiekowi bratem”, „Czyńmy miłość nie wojnę”, „Żołnierze do domu”. Maszerujący tłum co jakiś czas zgodnie skanduje podobne hasła. Na twarzach jednych uśmiechy, na innych - marsowe miny podkreślające ważność dzieła, w którym uczestniczą. Po dwóch godzinach wszyscy zgodnie rozchodzą się do swoich domów z poczuciem dobrze wypełnionego zadania. Dziennikarze kończą swoje relacje dla mediów, życie na świecie toczy się dalej.
Inny obraz. Żołnierze kulą się w okopach, rozpoczyna się pora ostrzału ich pozycji przez nieprzyjaciela. Niekończący się huk wybuchów i co rusz przysypująca ich ziemia wyrywana w powietrze przez rozrywające się w pobliżu pociski tworzą scenerię napełniającą rekrutów trudnym do ukrycia lękiem, weterani już na to nie reagują. Za jakiś kwadrans wszystko ucichnie - albo na dobre, albo na chwilę tylko, by oddać pole okrzykom żołnierzy przeciwnika idącym do natarcia. Jak zawsze - jeśli uda im się zdobyć atakowane pozycje, nie zamierzają brać jeńców. Który z tych obrazów jest bliższy naszej chrześcijańskiej naturze? Z którymi postaciami łatwiej się nam utożsamić - demonstrantów protestujących przeciw wojnie czy żołnierzy w okopach oczekujących na atak? Czyż nie są to pytania retoryczne? Czy ktoś mógłby mieć wątpliwości? Mówiono nam, że chrześcijaństwo to religia pokoju. Mówiono nam, że Jezus był łagodnym Mesjaszem, który złu się nie sprzeciwiał, ale je dobrem zwyciężał. Mówiono nam, że chrześcijanin to miły ktoś, kto zawsze nadstawia drugi policzek. Mówiono nam, że problemy tego świata nas nie powinny obchodzić, bo my nie należymy „do tego świata”. To wszystko oczywiście ma związek z prawdą, ale w ten sposób jednocześnie wmówiono nam, że mamy być pacyfistami, a problemy świata rozwiążą się same. Co gorsze, daliśmy sobie wmówić, że chrześcijaństwo to religia dla ludzi w ciepłych kapciach, którzy tylko gadają w nieskończoność o miłości, z reguły nie zamierzając podjąć wyzwania walki o jej panowanie. Myśląc, że już sama słodycz ich mowy rozprzestrzeni dobro wokół, zło zaś z podkulonym ogonem samo się wyniesie. Może dlatego nikt nie chce nas już słuchać? Kiedyś stałem sobie z przyjaciółmi na deptaku, podeszła do nas dziewczyna z ruchu Hare Krishna. Kiedy przedstawiliśmy się jej, że jesteśmy chrześcijanami - skrzywiła się lekko i powiedziała: „No tak... chrześcijanie - to tylko słowa, słowa, słowa...”.  Jeśli jutro wojna... (Radziecki plakat wojenny) Dawno temu napisałem artykuł „Czy Bóg jest pacyfistą?” (Słowo Prawdy 4/1996). Kiedy znów go przeczytałem po latach, ze zdumieniem zauważyłem, że moje poglądy na ten temat przez te lata jeszcze się zradykalizowały. Może i nie podejmowałbym ponownie tego tematu, gdyby nie fakt, że problem ten nie dotyczy jedynie stosunku do wojny jako zjawiska międzynarodowego. Niestety on dotyczy też wojny jako zjawiska duchowego. A to jest już coś, co powinno nas zajmować.
|